SŁOWO  NA  NIEDZIELĘ   


17 maja 2026 – Wniebowstąpienie Pańskie







Idźcie więc i nauczajcie wszystkie narody,
udzielając im chrztu w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego.






Pan Jezus jest obecny wśród swoich, choć już nie w sposób namacalny. Czasami zupełnie znika nam z oczu. Niełatwo nam wówczas odczuć Jego obecność, a jeszcze trudniej uwierzyć w Jego panowanie nad światem. Potrzebujemy owych „światłych oczu serca”, byśmy nie ustępowali wobec przeciwności oraz byśmy odkrywając ponad pozorami zła Boże panowanie, stawali się świadkami stałej obecności Zmartwychwstałego pośród nas. Wniebowstąpienie jest dla nas wezwaniem do modlitwy o Ducha Świętego: tylko On może przezwyciężyć nasze poczucie osamotnienia i smutku.


Komentarz do pierwszego czytania

„Nie stać, działać!”, słyszy się czasem napomnienie nadzorcy jakichś robót. Podobną uwagę słyszą dzisiaj Apostołowie czy to od aniołów w pierwszym czytaniu z Dziejów Apostolskich, czy to od samego Jezusa w Ewangelii: „Dlaczego stoicie i wpatrujecie się w niebo?” – „Idąc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, co wam nakazałem” (tłumaczenie bliższe oryginałowi). Kto jednak rozmiłował się w Jezusie i zasmakował Jego obecności, ten nie dziwi się bierności Apostołów, celebrujących moment Jego odejścia. W tym kontekście warto przywołać postać Marii Magdaleny, usiłującej – jak sugeruje św. Jan – objąć Zmartwychwstałego (podobnie zresztą, jak inne kobiety). Co wówczas usłyszała? – dosłownie: „Nie dotykaj mnie!”, co w swym przekładzie Nowego Testamentu ks. prof. Seweryn Kowalski komentuje następująco: „Skierowane do Marii Magdaleny słowa oznaczają raczej, że dopiero po wniebowstąpieniu, gdy Chrystus Pan zamieszka w niebie, nastanie czas, kiedy będzie mogła cieszyć się radością Jego stałej obecności”. Oto błogosławiony paradoks wniebowstąpienia: z jednej strony: „Wstępuję do Ojca mego i Ojca waszego oraz do Boga mego i Boga waszego”, z drugiej: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do końca świata!”. Kto może pojąć, niech pojmuje!

 

Komentarz do drugiego czytania

W dzisiejszym czytaniu otrzymujemy dwa naczelnie przykłady „działania potęgi i siły Boga”: zmartwychwstanie i wniebowstąpienie Chrystusa, równoznaczne z królewskim aktem „posadzenia [Go] po swojej prawicy na wyżynach niebieskich”. Są to akty fundamentalne, znacznie ważniejsze od naszych osobistych dowodów na istnienie Boga. W konsekwencji, Jezus panuje: już w pełni w niebie, ponad społecznością aniołów określanych biblijnie jako „Zwierzchności, Władze, Moce i Panowania”, a dopełniająco na ziemi jako „Głowa dla Kościoła, który jest Jego Ciałem”. To panowanie zakłada z naszej strony dobrowolne „poddanie się pod Jego stopy”, by zostać przezeń „napełnionymi [duchową mocą] wszelkimi sposobami”. Z tą świadomością zbliżania się ziemi do sytuacji nieba, wypowiedzmy dziś z większą pieczołowitością czwartą prośbę Modlitwy Pańskiej, „prosząc usilnie, by w pełni urzeczywistnił się na ziemi ten zamysł życzliwości, tak jak wypełnił się już w niebie”.

 

Komentarz do Ewangelii

„Jedenastu uczniów udało się na górę”, która, prócz topograficznego, ma znaczenie przenośne jako symbol modlitwy; oto okoliczność wniebowstąpienia. Tam i wtedy dzieją się trzy rzeczy: kult, terapia i posłanie. Ich sekwencja zdradza wzajemną zależność: na górze modlitwy, w swej izdebce, adorujemy obecność Boga, oddając pokłon Ojcu, który widzi w ukryciu; wtedy też odsłaniają się przed Nim nasze chwiejące się serca, które wątpią, czyli dosłownie „dystansują się” od Niego; Pan tymczasem uzdrawia nas swoją łaską, czy to w ramach kontemplacji, czy to misji – jak owi „wszyscy, którzy, dotknąwszy się Go, zostali uzdrowieni” albo „trędowaci, którzy, idąc, zostali uzdrowieni”. Nie inaczej jest z sercami dzisiejszych Apostołów – uzdrawianymi w ramach misji. Jezus nie przechodzi ponad wątpieniem niektórych z nich, nie przemilcza tego, lecz reaguje, „podchodząc do nich”, czyli niwelując dystans i posyłając ich: „Idąc, czyńcie uczniami wszystkie narody, chrzcząc je w imię Ojca i Syna, i Ducha Świętego, nauczając je zachowywać wszystko, co wam nakazałem” (używając imiesłowów, tekst grecki podkreśla tutaj dynamizm polecenia Jezusa). Co ważne, polecenie to nie jest delegacją, tylko przedłużeniem wcielenia, Jego żywej obecności: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni aż do końca świata!”.


Po prostu wszystko

Tym, co od razu rzuca się w oczy w dzisiejszym fragmencie, który stanowi zakończenie Ewangelii Mateuszowej, jest wielokrotne użycie przez Ewangelistę superlatywu. Mowa jest o „wszelkiej władzy”, o „wszystkich narodach”, o „zachowywaniu wszystkiego, czego Jezus nauczał” i o „wszystkich dniach Jego obecności”. Taka właśnie jest Jezusowa Ewangelia. Nie jest jedynie czymś w rodzaju wisienki na torcie życia, której zadaniem jest jego upiększenie, ale która w sumie jest zbędna i nie dodaje nic do smaku życiowego tortu. Wręcz przeciwnie: kto odważy się zaryzykować dla Niego wszystko, wszystko w zamian otrzyma.

 Pewnie dlatego Jezus nie zważa na to, że wśród uczniów, którzy przecież Go widzą i dotykają, są jednak tacy, którzy wątpią. Nie ma do nich pretensji, nie wyrzuca im ich wątpliwości, jakby chciał miłosiernie pozostawić również im niezbędny czas na podjęcie kluczowej życiowej decyzji. Jednocześnie jednak nie zamierza rozmiękczać swojej Ewangelii, dostosowywać jej do tych, którzy marudzą; tracić czas na dodatkowe wyjaśnienia. Bo chodzi o wszystko – o zbawienie świata. Rozesłani do posługi głoszenia Ewangelii mogą zostać jedynie Ci, którzy tak jak On zechcą całkowicie zdać się na Ojca w niebie; którzy zechcą naśladować Jezusa w zaufaniu Temu, który jedynie ma nieograniczony dostęp do każdego ludzkiego serca, a jednocześnie, który każdego człowieka nieskończenie miłuje.

Jest pewien szczegół w tym fragmencie, na który warto zwrócić uwagę. W dosłownym tłumaczeniu polecenia Jezusa nie chodzi jedynie o nauczanie wszystkich narodów, ale o to, by wszystkie narody uczynić uczniami. Nie wystarczy samo głoszenie Ewangelii, ale trzeba to robić tak, by słuchacze zapragnęli wejść na drogę naśladowania Jezusa, stać się Jego uczniami. A kiedy już się nimi staną, aby zechcieli uczyć się zachowywania Jego słów. W pierwszym odczuciu, realizacja tego polecenia graniczy z niemożliwością, beznadziejnie przerasta każdego głosiciela. Przestaje być jednak niemożliwa wtedy, gdy się słyszy także obietnicę Jezusa. To do niego należy wszelka prawdziwa władza, także władza docierania do ludzkich serc i umysłów. A przede wszystkim to On jest blisko głosicieli: wszędzie – w każdych okolicznościach i zawsze – aż do skończenia świata.

Ks. Marian Machinek MS


Chrześcijanin – to brzmi dumnie

Kiedy uczniów Chrystusa zaczęto nazywać chrześcijanami, określenie to miało wydźwięk negatywny. Byli małą grupą zwolenników nowej religii. Prześladowani, wyszydzani, poniewierani, dla swojego Mistrza gotowi byli nawet na śmierć. Z biegiem lat coraz więcej ludzi wyznawało wiarę w to, że jedynym Zbawicielem człowieka jest Jezus Chrystus, który umarł, zmartwychwstał i kiedyś powróci, by sądzić żywych i umarłych. Bycie chrześcijaninem stawało się powodem do dumy. Dziś, po prawie dwóch tysiącach lat, jedna czwarta ludzkości nosi zaszczytne imię uczniów Chrystusa, chrześcijan.

Kim jest chrześcijanin? Odpowiedzi poszukajmy w zaproponowanych na dzisiejszą niedzielę czytaniach.

Chrześcijanin – to człowiek wybrany przez Boga. W czytanej dziś Ewangelii Jezus mówi o swoich uczniach, że zostali Mu dani przez Ojca. Nie my wybraliśmy Boga, ale On wybrał nas, dlatego możemy powiedzieć, że spotkał nas ogromny zaszczyt. Tym bardziej więc winniśmy Bogu wdzięczność. Jezus prosi Ojca za wszystkimi, których Mu dał.

Bo chrześcijanin to ten, który nigdy nie jest obcy swojemu Boskiemu Mistrzowi, który jest dla Niego ważny, o którym On nigdy nie zapomni. W świecie pełnym nieszczęść mamy możnego Orędownika w niebie. To wielka łaska...

Chrześcijanin – to człowiek obdarowany życiem wiecznym, bo zna jedynego, prawdziwego Boga oraz Tego, którego On posłał, Jezusa Chrystusa, i uwierzył, że Jezus przyszedł pełnić wolę Ojca. Ta wiara – obiecuje Jezus – zaowocuje kiedyś oglądaniem Boga twarzą w twarz...

Chrześcijanin – to człowiek, który modli się jak Apostołowie wraz z niewiastami i Matką Jezusa. Trudno być uczniem Chrystusa, jeśli zapomina się o spotykaniu się z Nim. Bez modlitwy wiara zamienia się w odwołującą się do Boga ideologię. Jeśli się nie modlimy, prawdziwe Boże życie w nas zamiera...

Chrześcijanin – to ten, kto trwa we wspólnocie – jak Apostołowie po powrocie z Góry Oliwnej, gdzie byli świadkami wniebowstąpienia Jezusa. Bardzo ważne są nasze wspólne spotkania na Eucharystii, spowiedź nie przed samym tylko Bogiem, ale za pośrednictwem kapłana. To pomaga patrzeć na sprawy wiary bardziej obiektywnie, a nie tylko na podstawie własnych odczuć.

Chrześcijanin – to ten, który dla imienia Chrystusa gotów jest przyjąć cierpienie i prześladowanie. „Błogosławieni jesteście, jeśli złorzeczą wam z powodu imienia Chrystusa”. Otwartość na różnorodne sprawy świata to bardzo ważna cecha dojrzałego chrześcijanina, ale nie musimy się starać przypodobać światu za wszelką cenę. Mamy być wierni Ewangelii. Wtedy spoczywa na nas „Duch chwały, Boży Duch”.

Być chrześcijaninem, należeć do Chrystusa, to naprawdę brzmi dumnie. W świecie, który oskarża chrześcijan o naiwność czy brak samodzielności w myśleniu, nie ma miejsca na obojętność.

 

Jezus odchodzi, Jego misja trwa

Można powiedzieć, że Jezus bardzo trzeźwo i realistycznie podszedł do kwestii kontynuacji swego dzieła, które pozostawił do wykonania Kościołowi.

Kluczowe wskazania nie pozostawiają żadnych wątpliwości, co należy czynić. Wszelka władza na niebie i ziemi nie oznacza ludzkiego panowania, rozumianego w kategorii polityki czy administracji. Jezus wytłumaczył dokładnie, jak trzeba ją rozumieć: władza polega na służbie, poczuciu odpowiedzialności, wierności w wypełnianiu swoich obowiązków. To, w taki sposób i w takich okolicznościach Jezus będzie towarzyszyć Kościołowi przez całą doczesność. Jego boski autorytet i Osoba gwarantują, że Kościół może spokojnie wypełniać swoją misję według tych wskazań, bo Chrystus będzie nieustannie czuwał nad powodzeniem misji ewangelizacyjnej.

Ale jest warunek: musi to być faktycznie misja ewangelizacyjna w rozumieniu Ewangelii, a nie według wzorów tego świata. I tu zaczyna się problem: w zrozumieniu i wiernym stosowaniu zasad ewangelizacji. W swojej istocie polega ona nie tyle na nauczaniu, jak głosi najpopularniejsze polskie tłumaczenie, lecz na czynieniu uczniów. Ów proces wymaga inicjatywy, aktywności i zaangażowania: idźcie! Nie wolno trwać w bezruchu i czekać, lecz trzeba podejmować różne działania, które pozwolą dotrzeć do innych ludzi z orędziem Ewangelii.

Orędzie to, zwane także kerygmatem, jest proste i zwięzłe. Najważniejszy współczesny dokument o ewangelizacji, adhortacja „Evangelii nuntiandi” ujmuje to tak: „w Jezusie Chrystusie, Synu Bożym, który stał się człowiekiem, umarł i zmartwychwstał, ofiarowane jest każdemu człowiekowi zbawienie, jako dar łaski i Miłosierdzia Bożego”. To z tym orędziem i świadectwem o Jezusie Chrystusie Synu Bożym, posłanym przez Ojca, by zbawić świat i każdego człowieka, szli apostołowie w mocy Ducha Świętego. Wzywali ludzi do wiary w Chrystusa i otwarcia się na dar zbawienia. Jeśli tę wiarę znajdowali, udzielali chrztu, a Duch Święty swoimi darami i działaniem potwierdzał, że wiara ta jest autentyczna i faktycznie przemienia człowieka.

I dopiero wtedy przychodziła kolej na nauczanie zasad życia chrześcijańskiego, odczytywanie woli Bożej, stawianie wymagań. Ta kolejność jest bardzo istotna: najpierw zwięzłe głoszenie Ewangelii, potem osobisty akt wiary i nawrócenia, potem chrzest i dopiero wtedy wykład norm chrześcijańskich i stawianie wymagań. Dziś niestety często zaczynamy od końca i dlatego przeżywamy tyle frustracji. Bo bez wiary katecheza, kazania, a nawet sakramenty nie działają. Aby mogły działać, najpierw potrzebna jest żywa wiara.


MYŚL  TYGODNIA

Bóg wzywa wszystkich, sprawiedliwych i grzeszników,
do zjednoczenia się z Nim w miłości
i do radowania się takim właśnie zjednoczeniem.