SŁOWO  NA  NIEDZIELĘ   


26 kwietnia 2026 – IV Niedziela Wielkanocna












Ja przyszedłem po to, aby owce miały życie
i miały je w obfitości.










Wiele głosów słyszymy wokół. Głos Jezusa. Głos mediów. Głos lęku. Głos własnego interesu. W czyj głos najczęściej się wsłuchujemy? Czyj głos brzmi dla nas swojsko i miło, a czyj obco i zniechęcająco? Żeby znać głos Jezusa, trzeba Go słuchać. Możemy Go nie rozumieć, możemy się z Nim nie zgadzać, możemy się z Nim kłócić, ale nie przestawajmy Go słuchać. Bo jak Go rozpoznamy, gdy będzie nas wołał? On mówi do nas przez Pismo Święte, liturgię, nauczanie Kościoła, modlitwę. Nie marnujmy okazji!


Komentarz do pierwszego czytania

Święto Tygodni (Szawuot, gr. pentecoste), obchodzone było pięćdziesiąt dni po Świętach Paschy (Pesach). W czasach biblijnych rolnicy wędrowali do Jerozolimy, aby złożyć ofiary z pierwszych danego roku żniw. Potem podkreślano bardziej związek tego święta z przekazaniem Mojżeszowi na Synaju tablic z Dziesięciorgiem Przykazań i zawarciem Przymierza między Bogiem a Żydami. Opisany w Dziejach Apostolskich huk wichru oraz ogień przypominają dym i odgłosy słyszane pod Górą Synaj. Tym razem jednak Lud Boży zgromadzony z okazji święta w Jerozolimie nie trzymał się z dala od Boga, lecz chwała Boża przyszła do każdego z osobna w postaci języków ognia. Każdy, kto spotyka się z Bogiem, promienieje Jego chwałą – staje się jakby Mojżeszem. Tak właśnie promieniował Bożą mocą św. Piotr. Narastająca wrzawa przyciągała zaciekawionych ludzi, którzy słyszeli apostołów przemawiających ich własnymi językami (można również w tej scenie zobaczyć przeciwieństwo wieży Babel). Piotr, który wcześniej obawiając się o swoje życie trzy razy zaparł się Jezusa i do tego dnia trwał w lęku, teraz głosi Jego Zmartwychwstanie. W swoim pierwszym kazaniu wprost wypomina swoim rodakom, że ukrzyżowali Syna Bożego. Słuchający nie wiedzieli, że Jezus żyje. Kiedy to usłyszeli, tą wieścią „przebili sobie serca”. Te słowa wstrząsnęły nimi do głębi.

Co znaczą dla mnie dzisiaj słowa z Dziejów Apostolskich? Moje życie należy również do historii zbawienia. To ja mam wziąć tę treść słów św. Piotra i „przebić” nią swoje serce. Jestem odpowiedzialna/odpowiedzialny za to, co dane jest mi usłyszeć. Co z tym zrobię? Jeśli przyjmę otwartym sercem prawdę o tym, że Jezus żyje, wówczas przyjmę od Niego Ducha Świętego, zostanę przemieniona/przemieniony jak Mojżesz, jak apostołowie. Potrzebuję zmiany myślenia, wewnętrznej przemiany, by otrzymać ten największy Dar. Dzisiaj na nowo obietnicę tego Daru otrzymuję ja i dzieci moje.

 

Komentarz do drugiego czytania

Jesteśmy powołani do tego, byśmy dobrze czynili. Dobrze, to znaczy zgodnie z wolą Jezusa. Z powodu naszej skażonej grzechem natury, czy tego chcemy czy też nie, jesteśmy poddani cierpieniom, chorobom i śmierci. Chrystus świadomie przyjął cierpienie. To był Jego czyn dla nas. Chrześcijanin, podobnie jak Jezus, powinien to wszystko, co jest trudne, przemieniać w świadomy czyn. Jest ogromna różnica między biernym cierpieniem, a przyjęciem cierpienia. Każda przyjęta trudność, ból, prześladowanie, zwyciężanie zła dobrem może stać się „dopełnieniem braków cierpień Chrystusowych za Jego Ciało, którym jest Kościół”. Dzieło zbawcze Chrystusa jest doskonałe i kompletne, a „dopełnienie braków” to dawanie wyraźnego świadectwa światu w tym czasie, w którym żyjemy. Cierpienia są nieodłączną częścią zbawczego dzieła Chrystusa, tak więc i my, którzy jednoczymy się z Nim, powinniśmy być gotowi je przyjąć. Takiej próby jednak nie jesteśmy w stanie podjąć w oparciu o nasz własny heroizm. Jesteśmy wezwani do całkowitego zawierzenia Chrystusowi i do stałej gotowości, gdy zajdzie taka konieczność, podjęcia przeciwności, bólu i nawet męki, ale jedynie Jego mocą.

 

Komentarz do Ewangelii

Opisany przez Jezusa obraz jest wzięty z życia pasterskiego w Palestynie. W owczarni mieściły się różne stada należące do różnych pasterzy. Każdy pasterz przychodził do owczarni po swoje stado. Podchodził do wąskiej bramki owczarni i wywoływał swoje stado. Owce, znające głos swojego pasterza, podchodziły do bramki i szły za nim. Zawarta w czytanej dzisiaj Ewangelii parabola podkreśla, że Jezus – Mesjasz jest prawowitym pasterzem, jedynym mającym prawo do owiec (ludzi).

W Starym Testamencie czytamy o wielu prorokach, którzy przychodzili w imieniu Boga i mieli dane od Niego prawo, by prowadzić swój lud. W Nowym Testamencie przychodzi oczekiwany prawdziwy Pasterz – Jezus Chrystus. Jedyny Kapłan. Wszyscy kapłani w Kościele są tylko sakramentalnym uobecnieniem Jedynego Kapłana – pasterze Kościoła są uobecnieniem Jedynego Pasterza. Jezus jest Tym jedynym, który ma prawo do narodu wybranego i do ludzkości.

Podobnie jak instynkt owiec potrafi rozpoznać głos swojego pasterza, tak też w człowieku jest „instynkt” Boży, zdolność dana przez Ducha Świętego, dzięki której rozpoznajemy, co jest w nauce, zasadach życiowych i wyborach Chrystusowe, a co nie. Na tym świecie jest wiele głosów, które czynią zgiełk, jednak wyostrzona miłością, wiernością, modlitwą percepcja duszy dostrzega coś, co różni się od wszystkiego wokół – rozpoznaje głos Pasterza. Od ciągłego nasłuchiwania Jego głosu powstaje spokojna pewność, zdolność rozpoznawania bez trudności, co pochodzi od Niego. Pasterz zaś ma głęboko osobisty stosunek do owiec – woła je po imieniu! Sam człowiek nie zna swojego imienia (siebie), dopóki Chrystus go nie wezwie. To wezwanie płynie do najtajniejszych głębin duszy. Zawołany w ten sposób człowiek staje się naprawdę sobą i zna siebie. Zadaniem owieczki jest usłyszeć i rozpoznać ten głos, który wzywa po imieniu, przyjąć ten intymny stosunek z Nim, pozwolić wyprowadzić się na wolność, a potem wpatrując się w Pasterza wiernie iść za Nim.


Werset 10,10

Mam w pamięci trzy wersety Ewangelii, które są dla mnie numerami telefonicznymi do Boga.

Łukasz 1,37: Dla Boga nie ma nic niemożliwego.

Mateusz 25,40: Wszystko, co uczyniliście jednemu z tych braci moich najmniejszych, Mnieście uczynili.

Jan 10,10: Przyszedłem po to, aby ludzie mieli życie i mieli je w obfitości.

Z chwilą, kiedy myślimy o wersecie 10,10, z chwilą, gdy stajemy z nim twarzą w twarz, myśl o tym obfitym życiu powinna napełnić nas modlitwą zachwyconego nasycenia. Do Boga przychodzimy najczęściej po to, żeby się skarżyć albo żeby prosić. W wersecie 10,10 widzimy Ojca, Syna i Ducha, którzy są szczęśliwi, mogąc nas nasycić.

Świadomość tego, że Bóg może nam dać pełnię życia, jest bardzo częsta w Biblii – istnieje na ten temat wiele tekstów – ale sądzę, że do wersetu 10,10 najlepiej pasuje psalm 64.

Podwoje Zachodu i Wschodu są pełne radości.
Nawiedziłeś ziemię i nawodniłeś, ubogaciłeś ją obficie.
Strumień Boży wodą jest wezbrany,
Zboże im przygotowałeś, pobłogosławiłeś płodom ziemi.
Rok uwieńczyłeś swymi dobrami i Twoje ślady opływają tłustością.
Stepowe pastwiska są pełne rosy, a wzgórza przepasują się weselem.
Łąki się stroją trzodami, doliny okrywają się zbożem,
wznoszą okrzyki radości, a nawet śpiewają.

Wiem, że wielu ludzi ma – niestety – powody, by napisać całkiem inny psalm, który będzie skargą na życie zbyt ciężkie, pozbawione śmiechu i płodności. Ale nie mogę uwierzyć, że werset 10 miałby być tylko piękną bańką, która pryska w zetknięciu z rzeczywistością. Jeżeli Jezus przyszedł, „aby owce miały życie w obfitości”, trzeba to zdanie rozważać ze wszystkich stron, aż w końcu zobaczymy, w jaki sposób jest ono nadzieją, którą możemy złożyć w każde ręce. Dla Jezusa nie ma szczęściarzy i pechowców, Jezus dla wszystkich jest szansą. Różną dla różnych ludzi, ale jest to zawsze szansa życia najpełniejszego.

Czemu zatem tak wielu ludzi prowadzi życie anemiczne? Ponieważ, choć są chrześcijanie, którzy naprawdę całkowicie zanurzeni są w wierze, to jednak wielu innych zanurza w niej jedynie niezdecydowany czubek palców. Taka postawa bardzo bolała i gniewała Jezusa, gdyż wiązała Mu ręce: „Niedowiarki! Mogę wszystko, ale dla tego, kto wierzy”.

Przyjrzyjcie się ludziom, którzy mają wiarę potężną, a przekonacie się, że wszystko staje się możliwe dla tego, kto wierzy do tego stopnia. Odkrywamy, że życie „obfite” istnieje w każdej sytuacji. I myślę tu o sytuacjach najgorszych: kiedy przygniatają nas troski materialne, kiedy wchodzimy w tunel ciężkiej choroby, kiedy zostajemy zdradzeni, kiedy nie mamy już darów przyciągających przyjaźń i sukces. Myślę o tej niepełnosprawnej osobie, która mówiła mi: „Dla mnie życie może być już tylko coraz trudniejsze”. Dla niej, i dla nas wszystkich, którzy zmagamy się z różnymi ograniczeniami, mówię, że werset 10,10 świętego Jana stanowi część Objawienia – oczekuje naszej wiary. Nawet i przede wszystkim stawiającej pytania.

– Przyszedłem, żebyś żył pełnią życia.

– Panie, wierzę Ci, ale pokaż mi, w jaki sposób mogę wraz z Tobą napełnić moje życie. Widzisz, że rozsypuje się, że utknęło w miejscu, że coraz większa w nim pustka.

To samo doświadczenie (to samo!) jednego miażdży, drugiemu zaś pozwala w pewnym sensie narodzić się na nowo, wiara potrafiła zdobyć potrzebne łaski – widziałem to. Ale najczęściej – i powiem tu rzecz straszną – ludzie mówią, że modlą się, ale tak naprawdę w to nie wierzą.

W zrozumieniu tego, co próbuję tu opisać, może nam pomóc Lourdes. Mało tam uzdrowień, ale ileż istnień zniewolonych – ciał i serc – powraca stamtąd wyzwolonymi. Ich pokój i uśmiech mówią, że odtąd weszli w szczególną pełnię. Ośmielam się tu powtórzyć: z Chrystusem zawsze można próbować od nowa, wzrastać albo przynajmniej trwać istniejąc bardziej. Nareszcie znaleziono sposób, żeby istnieć więcej, kochając więcej. A tą miłością można pomóc żyć ludziom wokół nas. Czyż nie to oznacza „żyć w obfitości”?

André Sève


Brama do prawdziwego Życia

Kiedy pytamy kogoś o najgłębsze tęsknoty i pragnienia, to zazwyczaj słyszymy odpowiedzi w stylu: „Chciałbym nareszcie oddychać pełną piersią”; „Chciałabym wreszcie zakosztować prawdziwej wolności”; „Chciałbym żyć na pełnej petardzie, a nie wegetować”; „Chciałabym pozbyć się wreszcie tych natrętnych trosk”. Te pragnienia i tęsknoty łączone są zazwyczaj z innymi miejscami, osobami, okolicznościami, niż te, w które jesteśmy obecnie uwikłani. Mamy wrażenie, że stanowią one rodzaj klatki, która uniemożliwia realizację naszych marzeń i aspiracji. I wydaje nam się, że wystarczy wyrwać się z nich, a wszystkie najgłębsze pragnienia się spełnią. Ile już razy przekonaliśmy się, że takie myślenie jest tylko iluzją i że wszelkiego rodzaju zewnętrzne życiowe zmiany dają zadowolenie jedynie na krótką metę? A mimo tego, tęsknota pozostaje, bo jest ona Bożym darem: przywołuje nas ciągle na nowo ku temu, co najważniejsze.

Jezus podejmuje tę ludzką tęsknotę i zaprasza nas do siebie: „Ja jestem Bramą owiec”. Dzięki tej Bramie owce mogą wyjść na obfite pastwiska, gdzie wreszcie zostaną nasycone ich najgłębsze pragnienia. Wszystkie ewangeliczne wyrażenia, w których Jezus mówi „Ja jestem” są wariantami jednej podstawowej prawdy: Jezus przyszedł po to, by człowiek miał Życie przez duże „Ż” – i to miał je nie racjonowane jakimś niewidzialnym zakraplaczem, ale aby miał je w pełni. Całą obfitość Życia… Spełnienie tej tęsknoty nie dokona się przez zmianę pracy, związanie się z innymi osobami, zmianę diety, odnowienie mieszkania czy zakup nowego samochodu. Ono może się dokonać jedynie wtedy, gdy człowiek najpierw wyrwie się z tej wiecznie narzucającej się iluzji, że coś, co doczesne, może go do końca uszczęśliwić. A potem, gdy zwróci się ku Temu, który ostatecznie pokonał to błędne koło przemijania; zrozumie, że Jezus zmartwychwstał i ma prawdziwe Życie, do którego zaprasza każdego człowieka. Warto pamiętać o tej niezwykłej obietnicy, gdy po raz kolejny będziemy słyszeli ograne już obietnice szczęścia na doczesną miarę…

Ks. Marian Machinek MSF

 

By nie błądzić jak owce

Piotr – galilejski rybak, uczeń Jezusa, świadek Zmartwychwstania, woła: Ratujcie się z tego przewrotnego pokolenia! W jego wołaniu brzmi troska, nie chęć sądzenia. Tego uczył Jezus. Uzdrawiał chorych na ciele. Leczył chore dusze. Wskrzeszał umarłych. Ożywiał martwe sumienia. Karmił chlebem. Ale najpierw słowem prawdy, bo widział, że „byli jak owce niemające pasterza”. Troski o człowieka Apostołowie nauczyli się od Jezusa. Dlatego Piotr woła: „Ratujcie się!”. Ale czy to znaczy: uciekajcie albo zamknijcie się w swoim kręgu? Bynajmniej. „Cały lud odnosił się do nich życzliwie” – pisze kronikarz tamtych dni. Wołanie Piotra jest aktualne i dziś. Trzeba nam – pozostając w świecie – ratować siebie i kogo tylko możemy od czającego się wokół nas zła.

Kto nas poprowadzi? Musi się znaleźć ktoś, czyjego głosu owce posłuchają. Ktoś, kto będzie znał je po imieniu. Ktoś, kto stanie na ich czele i wyprowadzi w miejsca bezpieczne. Tak mówił Jezus, wskazując na siebie. I dobrym pasterzem siebie nazwał, i bramą owiec. Nie ma Go jednak wśród nas. Nie ma? A obietnica: „A oto Ja jestem z wami przez wszystkie dni, aż do skończenia świata”? Traktujemy tę obietnicę poważnie. On jest z nami. Ale człowiek potrzebuje obecności kogoś realnego w wymiarze czasu i przestrzeni. I to jest nasz problem. Nasz – ludzi każdej epoki. Potrzebujemy wodzów i przewodników. Ileż razy w historii świata sprawdzały się przestrogi Jezusa przed tymi, co to złodziejami są i rozbójnikami. Miniony wiek był tragiczny – świat poszedł za oszustami, którzy zdołali omamić całe narody. Jak się więc ratować z tego przewrotnego pokolenia? Za kim pójść, by mieć życie i mieć je w obfitości? By nie błądzić jak owce, lecz nawrócić się do Pasterza i Stróża dusz naszych?

Chrześcijanie mają odpowiedź sprawdzoną od wieków. Wskazując na Jezusa jako Dobrego Pasterza, duszpasterzami nazywają tych spośród siebie, którzy w imieniu Jezusa prowadzą ich drogami Ewangelii. Nikt sam sobie tej godności przywłaszczyć nie może. Decyduje o niej powaga Kościoła wyrastająca z tradycji apostolskiej. A duszpasterze, prowadząc lud, pierwsi winni iść za Jezusem. Czasem są święci, czasem grzeszni. Raz wielcy duchem, innym razem mali ludzkimi błędami. Ale wciąż potrzebni. Bez pasterza, choćby lichego, stado się rozproszy. Bez przywódcy żadna ludzka społeczność istnieć nie może. W tej szczególnej społeczności, jaką jest Kościół, słowo „przywódca” jest jednak nie na miejscu. Dlatego zwykło się mówić właśnie o duszpasterzach. Iluż wspaniałych, wielkich, a nawet świętych duszpasterzy Kościół miał i ma? A jeśli czasem nie dorastają do powierzonej im misji, nie wolno zapomnieć, że każdy z nich „z ludzi brany, dla ludzi bywa ustanawiany... Sam podlega słabości. I ze względu na nią powinien jak za lud, tak i za samego siebie składać ofiary za grzechy”. Ofiara w istocie jest jedna: Chrystus poniósł nasze grzechy na drzewo krzyża i Krwią Jego ran zostaliśmy uzdrowieni.

Tomasz Horak

 

Być księdzem to być powołanym do duchowego ojcostwa. To być dla spotykanych ludzi mamą i tatą jednocześnie na wzór Boga, który nie jest ani mężczyzną, ani kobietą, lecz pełną miłością. Być księdzem według serca Bożego to kochać spotykanych ludzi tak, jak bliskich krewnych i być specjalistą od miłości. To rozumieć całego człowieka. To troszczyć się o powierzonych sobie ludzi tu i teraz, a nie tylko o ich los w wieczności. To ratować życie doczesne i wieczne ludziom bezradnym, błądzącym czy skrzywdzonym. To także umacniać ludzi mocnych, by żyli jeszcze szlachetniej i radośniej niż dotąd. Z kolei istotą powołania osób zakonnych nie jest to, co robią (modlitwa i medytacja, katechizowanie, granie na organach, pomoc w parafii, itp.) lecz to, kim są. Zakonnik, siostra zakonna, osoba konsekrowana w instytutach świeckich to ktoś, kto przeżywa szczególnie mocną więź z Chrystusem. To ktoś, kto nie rezygnuje z miłości do człowieka, lecz przeciwnie – to ktoś, kto tym bardziej kocha ludzi, im bardziej doświadcza miłości od Boga. To ktoś, kto dla ludzi świeckich jest przypomnieniem i znakiem powołania do wiecznej miłości.

To nie przypadek, że w krajach, w których coraz mniej dziewcząt ma odwagę wstąpić do zgromadzeń zakonnych, coraz mniej ich koleżanek ma odwagę zdecydować się na małżeństwo i na założenie rodziny. Nie ma kryzysu powołania, ale może być kryzys powołanego człowieka. Właśnie dlatego rolą rodziców jest przypominanie dzieciom o tym, że wykształcenie, praca zawodowa, zdobycie ustabilizowanej pozycji finansowej i społecznej nikomu nie wystarczy do szczęścia! To wszystko jest wtórne w odniesieniu do powołania. Człowiek jest bowiem powołany do czegoś znacznie większego niż tylko do zdobycia pozycji społecznej czy do pracy w jakimś zawodzie.


MYŚL  TYGODNIA

Czegóż oczekiwać od przeciętnych ludzi,
skoro elita nie potrafi od siebie wymagać
i wypełniać należycie swoich zadań?