SŁOWO  NA  NIEDZIELĘ   


28 czerwca 2026 – XIII Niedziela Zwykła










Kto poda kubek świeżej wody do picia
jednemu z tych najmniejszych,
dlatego że jest uczniem,
zaprawdę powiadam wam,
nie utraci swojej nagrody.







Tylko Bóg może żądać dla siebie miłości tak heroicznej, przewyższającej miłość do matki i ojca, syna, córki. Wymagania Jezusa są „nieludzkie”, gdyż są one boskie. W ewangelicznej perspektywie każda strata przeradza się w zysk, a kluczem ułatwiającym akceptację tej logiki jest paradoks codziennego krzyża. Można wprawdzie iść za Jezusem bez krzyża, ale wówczas trudno liczyć na twórczy udział w misterium paschalnym – w zanurzeniu przez chrzest w śmierci Chrystusa, po to, by wraz z Nim wkroczyć w nowe życie.


Komentarz do pierwszego czytania

Sara z Księgi Rodzaju, Anna z 1 Księgi Samuela, Elżbieta z Ewangelii Łukasza, bogata Szunemitka opisana w 2 Księdze Królewskiej… to tylko niektóre z biblijnych kobiet, które doświadczały trudu, smutku, niekiedy również poniżenia ze względu na swoją niepłodność. W kulturze, w której są zanurzone teksty obydwu Testamentów, brak potomstwa w małżeństwie był uważany za brak błogosławieństwa Boga.

Dzisiejsze czytanie podejmuje ten ważny dla Pisma Świętego wątek. Czy bogata kobieta z Szunem wie, że Elizeusz ma moc wyprosić dla niej u Boga dziecko, syna? Czy nakłanianie przez nią proroka do tego, by zatrzymał się w domu jej i jej męża, jest ludzką kalkulacją szans na posiadanie potomstwa?

Tekst biblijny nic o tym nie wspomina. Możemy zatem ze spokojem pozostawić podobne domysły na boku. Spójrzmy raczej na to, co Biblia nam mówi wprost – dobro się mnoży! Jeśli widzisz kogoś, kto nosi w sobie Boga, kto mocno wierzy i jest blisko Niego, to warto przygotować tej osobie „pokój na górze”, a pokój Boży wejdzie wraz z nią do naszego domu i – jeśli tylko tego będziemy chcieli – z nami pozostanie.

 

Komentarz do drugiego czytania

Pogrzeb Chrystusa może nam umknąć. Częściej patrzymy na Jego mękę i krzyż, na Jego zmartwychwstanie i późniejsze chrystofanie niż na grób. Tymczasem już pierwsze teksty chrześcijaństwa podkreślały również pogrzeb Jezusa: „przez chrzest zanurzający nas w śmierć zostaliśmy razem z Nim pogrzebani po to, abyśmy i my postępowali w nowym życiu – jak Chrystus powstał z martwych dzięki chwale Ojca” – pisze św. Paweł.

Skoro razem z Nim zanurzamy się w śmierci i wchodzimy do grobu, to zostawmy uczynki śmierci i ciemności w grobie. Wyjdźmy już bez grzechu, skoro dla niego umarliśmy.

Teraz już tylko jest życie – nowe i świadome życie w blasku zmartwychwstania. A jeśli wrócimy do grobu przez grzech, to nie wolno nam zapominać, że kamień został już odwalony, a drzwi są otwarte. Przed nimi czekają aniołowie w bieli i Jezus. Nie pomylmy Go z ogrodnikiem. Warto na powrót wyjść i wciąż wychodzić z grobu, jeśli znowu się tam znajdziemy.

 

Komentarz do Ewangelii

Dzisiejsza ewangelia jest o prawdzie. Veritas est adaequatio intellectus et rei – „prawda jest zgodnością intelektu i rzeczy” to klasyczna formuła definiująca prawdę.

Przyjąć proroka jako proroka. Przyjąć sprawiedliwego jako sprawiedliwego. Przyjąć Boga jako Boga.

To ostatnie sprawia nam trudność. Jeśli mam przyjąć Boga jako Boga, to nie mogę kochać nikogo bardziej niż Jego. Nawet matki i ojca, nawet syna i córki. Nie mogę kochać swojego życia bardziej niż Boga – mam wziąć na siebie cierpienie i krzyż, mam stać się godny Chrystusa, oddając swoje życie. Oddając Jemu swoje życie. To jest szaleństwo chrześcijaństwa, które chce realnie przyjąć Boga jako Boga. Chrześcijaństwa, które nie godzi się na fałsz, a szuka – tak, wciąż szuka (!) – prawdy.

I tutaj już nie wystarczą nasze ludzkie słowa. Nasza teologia będzie zawsze nieprecyzyjna, jak nasze słowa. One są potrzebne, ale gdy Jezus powie: „kto Mnie przyjmuje, przyjmuje Tego, który Mnie posłał” nagle widzimy Jezusa w jedności z Ojcem. Nasz Pan powie coś jeszcze: „Kto was przyjmuje, Mnie przyjmuje”. Czy jestem godzien Jezusa, by wnosić Go wszędzie, gdzie tylko stanie moja stopa?


Tajemnica spełnionej miłości

Słowa Chrystusa z dzisiejszej Ewangelii brzmią niepokojąco. To „kochać bardziej”, którego domaga się Jezus, może wydać się niemożliwe do spełnienia, szczególnie wtedy, gdy trzeba by poświęcić tak drogie nam relacje z osobami najbliższymi: ojcem, matką, dziećmi, albo nawet trzeba by poświęcić własne życie. Rozumienie tych słów jako wyrazu zaborczości Jezusa nie byłoby jednak dobrym tropem. Jezus po prostu uzmysławia nam, że miłość – ta najpotężniejsza i wielokształtna siła, działająca w każdym ludzkim sercu, musi zostać właściwie uporządkowana.

Jezus domaga się dla siebie większej miłości właśnie dlatego, że żadne ludzkie więzi nie są w stanie zbawić człowieka. Nie oznacza to, że są one złe same w sobie, ale dopiero, gdy zostaną wpisane w miłość do Boga, uzyskują właściwe dla siebie miejsce w życiu człowieka. Kiedy się kocha kogokolwiek miłością ślepą, pozbawioną właściwej miary, to owocem jest nie tylko gorzkie rozczarowanie. Taka ślepa miłość oznacza także obciążenie osób kochanych ciężarem, którego nie będą potrafili unieść. Emocjonalne i egzystencjalne zakleszczenie się na kimkolwiek, nawet wtedy, gdy byłaby to osoba najbliższa, pociąga za sobą fatalne konsekwencje.

Jezusowi chodzi nie tylko o właściwe miejsce miłości do bliźnich, kimkolwiek by byli. Chodzi też o właściwe miejsce miłości do samego siebie. W każdym ludzkim sercu jest obecny mocny impuls troski o siebie. Jest on naturalny, ale jeżeli człowiek jako świadoma i dojrzała osoba nie umieści go we właściwym miejscu w swojej hierarchii wartości, potrafi on przekształcić się w egocentryczny, niszczący potencjał. Bardzo szybko zaczyna wpływać na codzienne decyzje, sposób postępowania i wartościowania – po prostu zaczyna rządzić życiem. Zamknięty w obsesyjnej trosce o własny dobrostan i traktujący innych jako środki do osiągania własnych celów, człowiek wykrzywia się i ostatecznie zastyga w poczuciu frustracji i w wiecznych pretensjach do całego świata.

Klamrą spinającą te różne wymiary miłości jest miłość do Jezusa. Jej priorytet sprawia, że chociaż wydaje się, że tracimy na jej rzecz inne wymiary miłości, do których tak bardzo przylgnęliśmy sercem, w rzeczywistości wszystkie je na nowo zyskujemy – oczyszczone i uporządkowane.

Ks. Marian Machinek MSF


Postaw Mnie ponad wszystko

Dlaczego Jezus wprowadza niepokój w nasze uczucia? Niewłaściwy przekład akcentował nawet tekst w sformułowaniu Łukasza, który już i tak wystarczająco wytrąca nas z równowagi: „Jeśli ktoś nie ma w nienawiści swego ojca i matki, żony i dzieci, braci i sióstr, nadto i siebie samego, nie może być moim uczniem”. Mateusz mówi: „Kto miłuje ojca i matkę bardziej niż Mnie, nie jest Mnie godzien”. Nie chodzi tu jednak o uczucie (dla kogo moje serce mocniej bije?), chodzi o dobrowolny i ostateczny wybór: „Daj mi – mówi Jezus – całkowite pierwszeństwo, postaw Mnie ponad wszystko”.

Nie jest to zatem problem wyboru pomiędzy dwoma miłościami: „Jezus czy żona, Jezus czy mąż”. Jest tylko jedna miłość, tylko jeden prawdziwy sposób kochania. Kiedy wchodzimy w wymiar prawdziwej miłości, spotykamy Jezusa – nawet jeśli Go nie znamy – gdyż On sam mówi: „Kochając tak jak kochałeś, Mnie samego kochałeś”. Oto jedyny problem, ale za to jaki problem! Osiągnąć taką jakość miłości, abyśmy potrafili kochać naszych bliskich tak jak powinniśmy ich kochać: bez egoizmu, bez zazdrości, bez zaborczości, bez znużenia, nie odmawiając przebaczenia. Każda, najmniejsza nawet miłość do Jezusa, jest od tego wolna. Kto całkowicie stawia na Jezusa, zdobywa miłość i wszystkie miłości. Jedynie „w” Jezusie, w naszej miłości do Jezusa możemy naprawdę powiedzieć komuś: „Kocham cię”. Najwyższa stawka („znaleźć swoje życie”) to wejść w tę miłość pierwszą, najważniejszą, scalającą: Jezus. A zatem można powiedzieć jeszcze ściślej: wejść w miłość.

Teraz już lepiej rozumiemy owe trzy twarde zdania, opisujące wyrzeczenia, bez których nie można pójść za Jezusem: „Kto miłuje ojca lub matkę bardziej niż Mnie... Kto nie bierze swego krzyża... Kto chce znaleźć swe życie...”. Znaleźliśmy się u końca dziesiątego rozdziału, w którym Mateusz definiuje chrześcijanina. Chrześcijaninem jest tylko ten, kto kocha Jezusa miłością całkowicie bezwarunkową, ale jakże ubogacającą! „Jeśli chcesz Mnie kochać – mówi Jezus – zażądam od ciebie wszystkiego i dam ci wszystko”.

Tak radykalny wybór Jezusa może wymagać ode mnie bardzo trudnych, niekiedy nawet dramatycznych decyzji, bolesnych dla mnie i dla moich bliskich. Perpetua, męczennica z drugiego wieku, która aż do ostatniej chwili prowadziła zapiski, wyznała, co było dla niej przed śmiercią największą próbą: „Ojciec przyszedł z moim synem (niemowlęciem), przyciągnął mnie do niego i powiedział: Złóż ofiarę! Zaprzyj się Jezusa, miej litość nad swoim dzieckiem. Wtedy prokurator Hilarion powiedział: Oszczędź swojego ojca, oszczędź swoje dziecko, złóż ofiarę cesarzowi! Ale ja odpowiedziałam mu: nie”.

André Sève

 

Znaleźć życie

Po dwóch tysiącach lat orędzie Jezusa nie straciło nic na swojej jednoznaczności: jeśli ktoś chce do Niego należeć, być Jego uczniem, musi się zaprzeć samego siebie i – tak jak On – dźwigać swój krzyż. Trudno nam dostrzec w tych słowach dobrą nowinę... To raczej przerażająca nowina!

Wydaje się nam, że dobrze znamy Jezusa. Wiele o Nim słyszeliśmy. Jesteśmy dogłębnie wzruszeni, gdy wyobrażamy sobie, jak z miłością pochyla się nad człowiekiem. Podziwiamy Jego wolność, odwagę i konsekwencję. Sami chcielibyśmy tak żyć i postępować. Wiemy jednak też, że Jezus został ukrzyżowany i że w tym momencie opuścili Go uczniowie, bo wydawało im się, że ich Mistrz poniósł sromotną klęskę. Ale Jezus stawia sprawę jasno: kto chce należeć do Niego, musi pójść tą samą drogą co On. Taka perspektywa nas przeraża, bo kto bierze na swoje ramiona krzyż, zajdzie niechybnie na miejsce straceń.

Zapominamy jednak o jeszcze jednym zdaniu Jezusa; obiecał przecież, że kto straci swoje życie z Jego powodu, znajdzie je. Czegóż to ludzie nie robią, by ratować swoje życie! Czegóż to my nie robimy, by zachować swoje życie, uczynić je przyjemniejszym, znośniejszym. I naraz to wszystko ma być pozbawione sensu? Czy naprawdę możemy znaleźć życie tylko wtedy, gdy je stracimy?

Ta niesłychana teza kieruje nasz wzrok znowu na krzyż Jezusa. Tuż przed śmiercią Ukrzyżowany wykrzyczał z siebie: „Boże, mój Boże, czemuś mnie opuścił?” Ale po trzech dniach ci, którzy w Niego zwątpili, którzy myśleli, że Bóg faktycznie Go opuścił, doświadczają czegoś niewiarygodnego: Ten, który zginął na krzyżu, staje znowu żywy pośród nich; Bóg wskrzesił Go z martwych! To spotkanie ze Zmartwychwstałym jest dla uczniów źródłem niespotykanej mocy, uzdalniającej ich do pójścia tą samą drogą co ich Mistrz. I to doświadczenie umacnia w nich przekonanie, że istotnie mogą znaleźć życie, tracąc je z Jego powodu.

Za każdym razem, gdy uczestniczymy we Mszy św., spotykamy się z Tym, który stracił swoje życie, a mimo to żyje. Po przeistoczeniu mówimy: Głosimy śmierć Twoją, Panie Jezu, wyznajemy Twoje zmartwychwstanie... Powinniśmy częściej przypominać sobie te słowa i otwierać się na spotkanie z ukrzyżowanym i zmartwychwstałym Panem – szczególnie wtedy, gdy zdaje się nam, że tracimy swoje życie pod ciężarem krzyża samotności, wad własnych i naszych bliźnich, nędzy i chorób, kiedy wydaje się nam, że Bóg nas opuścił. Wówczas zrozumiemy, że słowa Jezusa są w istocie dobrą nowiną. Jezus przemieni w życie nasze cierpienie i naszą śmierć. On niesie nasz krzyż razem z nami i nie zostawi nas samych ani w cierpieniu, ani w śmierci.

Adam Kalbarczyk


MYŚL  TYGODNIA



Człowiek powołany jest do tego,
aby słuchać słowa Bożego i poddać się Jego działaniu.